07.12.2011
CHIŃSKI SAMARYTANINKomentarze (33)

W maju 1890 roku, a więc 3 miesiące przed swoją śmiercią, przebywający w szpitalu psychiatrycznym Vincent Van Gogh chwycił za sztalugi, pędzle oraz paletę i namalował jeden ze swoich ostatnich obrazów. Znana scena biblijna ujęta w pastelowym beżu, błękicie i zieleni przedstawiała pewnego mężczyznę z Samarii, który pomaga okradzionemu i poturbowanemu człowiekowi wsiąść na konia. W tle dostrzec można kapłana i lewita, którzy wcześniej obojętnie minęli nieszczęśnika. Van Gogh „Dobrego Samarytanina” namalował w oparciu o dzieło Delacroix, bowiem, jak pisał do swojego brata Theo, brakowało mu modeli. W podobnych warunkach i w podobny sposób Chińczycy chcą stworzyć swojego Dobrego Samarytanina.

Bo na zdrowy rozum, historia o tym, jak na oczach osiemnastu przechodniów dwuletnia dziewczynka została dwukrotnie  przejechana przez samochód, mogła zdarzyć się tylko w kraju podobnym do domu wariatów, zamieszkanym przez odrętwiałych  socjopatów. Zdarzyła się, w Chinach. A dokładnie, niedaleko Kantonu, w niewielkim mieście Foshan, gdzie podobnie jak w Saint -Remy, zabrakło modeli na Dobrego Samarytanina.

To było październikowe popołudnie. Mała Wang Yue trzymając swoją mamę za rękę przechodziła przez niewielki targ z częściami do komputera. Wystarczyła chwila nieuwagi, żeby dziewczynka zniknęła w gąszczu stoisk, przecisnęła się przez tłum kupujących i weszła prosto na jezdnię. O 17:26, jak pokazała kamera monitorująca tę część miasta, została potrącona przez vana. Kierowca zatrzymał się na chwilę, popatrzył na dziecko leżące w kałuży krwi , po czym odjechał. Wypadek widziało trzech przechodniów. Nikt nie zareagował. Kilka minut później na ulicy pojawił się kolejny samochód, który ponownie przejechał po nieprzytomnej dziewczynce. Mijały sekundy, minuty, kolejne zbyt długie chwile. Obok zakrwawionego dziecka przejechały dwa elektryczne rowery, jeden trycykl, przeszło kilku przechodniów, w tym matka z dzieckiem na rękach. Nikt nic nie zrobił. W sumie 18 osób zignorowało umierającą na środku ulicy dwulatkę. Zareagowała dopiero 57-letnia kobieta, która przeszukiwała okoliczne kosze na śmieci. Najpierw przeniosła dziewczynkę w bezpieczne miejsce, po czym pobiegła do najbliższego sklepu z prośbą o pomoc. Sprzedawca kazał jej wyjść. Kilka sekund później na miejscu pojawiła się matka dziewczynki. Wang Yue została natychmiast zoperowana w miejscowym szpitalu w Foshan, z którego przewieziono ją do Wojskowego Szpitala Armii Ludowo Wyzwoleńczej w Kantonie.  W niedzielę popołudniu lekarze stwierdzili śmierć mózgu.Kilka dni później dziecko zmarło.


„Chińczycy nie mają serca” – grzmiała zagraniczna prasa.  The New York Times zestawił w jednym artykule tragedię, ze zdarzeniem, które miało miejsce dzień później, w okolicach Shanghaju. Tam w ślad za Chinką, która prawdopodobnie próbowała targnąć się na życie, skoczyła do jeziora kobieta, według świadków Amerykanka. Przepłynęła około 20 metrów,  wyłowiła niedoszłą samobójczynię,  i upewniwszy się, że jest cała i zdrowa, zniknęła bez śladu. Dziennik w podniosłym tonie i nie bez satysfakcji zacytował taki oto wpis pewnej amerykańskiej internautki: „Wczoraj prezydent Obama pił piwo ze zwykłym robotnikiem. Dziś czytam historię o amerykańskiej turystce, która wskoczyła do jeziora, żeby ocalić komuś życie. Wreszcie zdałam sobie sprawę dlaczego Ameryka jest i będzie silnym krajem". Wnioski nasuwają się same, USA – CHINA 1:0.

Gniewem zawrzało w chińskiej sieci. „Co to za naród?” pytał na Sina Weibo, odpowiedniku Twittera, blogger ukrywający się pod nickiem Patton Yu. „Nie ma znaczenia, czy indywidualna osoba ma dobrą czy złą naturę. To system tak nas zdegenerował”.

I tu system postanowił zareagować. Najpierw na portalu państwowej telewizji można było śledzić wpisy obcokrajowców, którzy odpowiadali na pytanie „Co sądzisz o Chińczykach? Czy są życzliwi i mają dobre serce?” Przeważały opinie pozytywne. „Uważam, że mieszkańcy Chin kontynentalnych są bardzo rodzinni, dobrzy, pokojowo nastawieni do świata i godni zaufania. Za to mieszkańcy Tajwanu...( i tu następuje wiązka obelg)” czytamy w jednej z refleksji. „Ciepli, mili i bardzo przyjacielscy”, pisze MichaelM. „Tak, ogólnie rzecz biorąc, są bardzo życzliwi i mają dobre serce” dodaje Qinling.  (Jedynie Snapsammy napisał „So many angry people”, ale dostęp do dalszej części tekstu jest zablokowany,bo jak można przeczytać „Author is prohibited or removed, and content is automatically blocked”. A więc autor został usunięty, treść jest niedostępna).

Przekaz jest więc następujący – z narodem jest wszystko ok, tym bardziej z systemem. Problem leży gdzie indziej, a odpowiedzią na niego jest Dobry Samarytanin. Nie chodzi, rzecz jasna, o obraz, lecz regulację prawną, pod taką właśnie nazwą. Nowy dokument proponuje zmiany, które mają chronić osoby chcące udzielić pomocy nieznajomemu na ulicy. A więc chiński Samarytanin będzie potrzebował ochrony. Pytanie, przed czym? Ano przed roszczeniami finansowymi ofiary. Tydzień przed tragedią w Foshan miała bowiem miejsce następująca sytuacja. 26 letni Peng Yu jechał samochodem. Nagle zobaczył na ulicy potrąconą starszą kobietę. Zatrzymał auto, udzielił pomocy, zawiózł do szpitala, po czym został oskarżony przez rodzinę ofiary o spowodowanie wypadku. W rezultacie musiał pokryć koszt leczenia, który wyniósł 45 tysięcy yuanów, a więc ponad 20 tysięcy złotych.  To w Chinach nie jest odosobniony przypadek.

Kilka dni po śmierci dwuletniej Wang Yue, na portalu państwowej telewizji CCTV pojawiła się sonda, która pytała internautów, czy będąc na miejscu przechodniów z Foshan, pomogliby dziewczynce. 93% zadeklarowało, że tak. Czytelników zapytano też, dlaczego, ich zdaniem, aż 18 osób zignorowało widok potrąconego przez samochód dziecka. Jedynie 24% wskazało, że powodem była znieczulica. Aż 74% stwierdziło, że przechodnie tak naprawdę chcieli pomóc, lecz obawiali się, że  padną ofiarą pomówienia.

A więc Dobry Samarytanin jest Dobrą Odpowiedzią. Wystarczy przeprowadzić tylko kilka kosmetycznych zmian w prawie i Chiny będą miały swoich Dobrych Ludzi.

Zastanawiam się tylko nad jedną rzeczą. Ilu, spośród tych 18 przechodniów w Foshan, zawahało się przed udzieleniem pomocy, kalkulując ewentualne ryzyko? Bo czy na widok krwawiącego na ulicy dziecka, do którego zbliża się kolejne rozpędzone auto, człowiek nie reaguje instynktownie? Tak samo jak schyla głowę gdy usłyszy nagły huk, czy zamyka oczy kichając?  Czy jest wtedy czas na myślenie o historii sprzed tygodnia? Nie chcę przez to powiedzieć, że Chińczycy są pozbawieni empatii, lub że nie mają serca. Bo to nieprawda. Myślę, że rzeczywiście paraliżuje ich strach, strach który przyjmuje formy skrajnej obojętności. Ale tego nie załatwią drobne zmiany w prawie. Bo ten strach ma znacznie głębsze korzenie. Strach ten wyrósł na gruzach więzów społecznych, pamięta białe błazeńskie czapki na głowach nauczycieli, opluwanych i torturowanych przez swoich uczniów z czerwonymi opaskami na rękawach. Pamięta znacznie gorsze rzeczy i podszeptuje, by od nie swoich spraw trzymać się z daleka i najlepiej nie wychodzić przed szereg, walczyć tylko o swoje, nie ufać innym.   

Malował Vincent Van Gogh Dobrego Samarytanina w szpitalu psychiatrycznym, patrząc na dawne dzieło Delacroix, bo brakowało mu modeli. Malują też Chiny.

Więcej »Komentarze (33)
08.11.2011
XIAHE - HELLO!Komentarze (5)

Na Xiahe mówi się “Drugi Tybet”, “Watykan Wschodu”, choć tak naprawę jego nazwa oznacza „letnią rzekę’. Daxia He biegnie przez miasteczko niczym błękitny ścieg tworząc chińsko - islamsko - tybetański patchwork, made in China. Rzeka płynie wzdłuż dzielnicy Hanów, której znakiem rozpoznawczym jest biały słoń. Stoi przed ogromnym hotelem, w którym zatrzymują się chińscy turyści i oficjele, nierzadko też wojskowi. Potem jej strumień mija dzielnicę strzelistego meczetu, zielonych szyldów i pieczonej baraniny, by zakończyć swój bieg u stóp złotych dachów tybetańskiego klasztoru Labrang, pachnącego maślanymi świecami i futrem jaka.
Xiahe to  miasteczko na skrzyżowaniu kultur.


Stojąc w chmurze pyłu, kurzu i spalin na ogromnym placu w Lanzou, z którego odjeżdżają autobusy do Xiahe, a także innych mniejszych miast i miasteczek rozrzuconych po Gansu, wyjmuję z plecaka notes i piszę – „chiński Tykocin”. Tyle, że tykocińska rzeka nie płynęła wzdłuż miasta, lecz dzieliła je na część żydowską i katolicką. Poza tym dziś zostało z niej już tylko suche koryto.

Na pożegnanie autobus zostawia w Lanzhou czarną chmurę dymu. Jedziemy na południe. Za każdym wzgórzem wyrastają minarety. Na widok każdego mijanego samochodu, kierowca ryczy klaksonem. Po około 150  kilometrach z beżowego krajobrazu wyłaniają się zielone góry, za nimi znikają meczety. Jesteśmy na wysokości 3000 metrów powyżej poziomu morza. Powietrze jest ostre i rześkie. Autobus zatrzymuje się obok ogromnego białego słonia. Oto Xiahe.


Hello! Mówią Tybetanki oprawiając na środku placu jaka . Hello! Krzyczy mała dziewczynka i kryje się w kolorowych chustach, którymi handluje jej matka. Hello! Rzuca grupa rozbawionych młodych mnichów.

Tylko na pierwszy rzut oka trudno uwierzyć, że w 2008 roku wybuchły tu krwawo stłumione anty-chińskie zamieszki, w czasie których zginęło 19 osób. Kiedy zwiedzam klasztor podchodzi do mnie uśmiechnięty mnich. Mówi płynnie po angielsku. „To chyba jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam w życiu”, mówię z nieudawanym zachwytem. „Oh yes, yes it is” odpowiada, patrząc w dal łagodnym wzrokiem. W jego karmazynowych szatach chowa się trójka roześmianych tybetańskich urwisów, którzy za cel powzięli sobie wbieganie turystom w kadr. Mnich gładzi ich po głowie i i śmieje się "my boys". Nagle jego twarz surowieje, a na czole pojawia się niewidoczna wcześniej głęboka zmarszczka. Zaczyna krzyczeć i wymachiwać rękami na chińskiego turystę, który próbował zrobić mu zdjęcie. Po kilku chwilach zmarszczka znika. "Wszędzie Ci Chińczycy", mówi kręcąc smutno głową.


Więcej »Komentarze (5)