Na Xiahe mówi się “Drugi Tybet”, “Watykan Wschodu”, choć tak naprawę jego nazwa oznacza „letnią rzekę’. Daxia He biegnie przez miasteczko niczym błękitny ścieg tworząc chińsko - islamsko - tybetański patchwork, made in China. Rzeka płynie wzdłuż dzielnicy Hanów, której znakiem rozpoznawczym jest biały słoń. Stoi przed ogromnym hotelem, w którym zatrzymują się chińscy turyści i oficjele, nierzadko też wojskowi. Potem jej strumień mija dzielnicę strzelistego meczetu, zielonych szyldów i pieczonej baraniny, by zakończyć swój bieg u stóp złotych dachów tybetańskiego klasztoru Labrang, pachnącego maślanymi świecami i futrem jaka.
Xiahe to miasteczko na skrzyżowaniu kultur.
Stojąc w chmurze pyłu, kurzu i spalin na ogromnym placu w Lanzou, z którego odjeżdżają autobusy do Xiahe, a także innych mniejszych miast i miasteczek rozrzuconych po Gansu, wyjmuję z plecaka notes i piszę – „chiński Tykocin”. Tyle, że tykocińska rzeka nie płynęła wzdłuż miasta, lecz dzieliła je na część żydowską i katolicką. Poza tym dziś zostało z niej już tylko suche koryto.
Na pożegnanie autobus zostawia w Lanzhou czarną chmurę dymu. Jedziemy na południe. Za każdym wzgórzem wyrastają minarety. Na widok każdego mijanego samochodu, kierowca ryczy klaksonem. Po około 150 kilometrach z beżowego krajobrazu wyłaniają się zielone góry, za nimi znikają meczety. Jesteśmy na wysokości 3000 metrów powyżej poziomu morza. Powietrze jest ostre i rześkie. Autobus zatrzymuje się obok ogromnego białego słonia. Oto Xiahe.
Hello! Mówią Tybetanki oprawiając na środku placu jaka . Hello! Krzyczy mała dziewczynka i kryje się w kolorowych chustach, którymi handluje jej matka. Hello! Rzuca grupa rozbawionych młodych mnichów.
Tylko na pierwszy rzut oka trudno uwierzyć, że w 2008 roku wybuchły tu krwawo stłumione anty-chińskie zamieszki, w czasie których zginęło 19 osób. Kiedy zwiedzam klasztor podchodzi do mnie uśmiechnięty mnich. Mówi płynnie po angielsku. „To chyba jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam w życiu”, mówię z nieudawanym zachwytem. „Oh yes, yes it is” odpowiada, patrząc w dal łagodnym wzrokiem. W jego karmazynowych szatach chowa się trójka roześmianych tybetańskich urwisów, którzy za cel powzięli sobie wbieganie turystom w kadr. Mnich gładzi ich po głowie i i śmieje się "my boys". Nagle jego twarz surowieje, a na czole pojawia się niewidoczna wcześniej głęboka zmarszczka. Zaczyna krzyczeć i wymachiwać rękami na chińskiego turystę, który próbował zrobić mu zdjęcie. Po kilku chwilach zmarszczka znika. "Wszędzie Ci Chińczycy", mówi kręcąc smutno głową.
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników. Polskie Radio S.A. nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Komentarze zawierające wulgaryzmy (art. 3 Ustawy o języku polskim z dnia 7 października 1999r.), będą usuwane.