Sąsiedzi za oceanem
Wojciech Ossowski: Sąsiedzi właśnie wrócili z koncertów z USA,
rzadko się jeszcze zdarza by młode polskie zespoły szantowe
zawędrowały tak daleko, jak wam się to udało?
Kamil Piotrowski (Sąsiedzi): Mamy parę atutów, które nas
wyróżniają. Po pierwsze naprawdę śpiewamy szanty i jesteśmy
jednym z niewielu zespołów w Polsce, który ma te prawdziwe morskie
pieśni pracy w repertuarze, śpiewane a cappella. Po drugie cechuje
nas różnorodność wykonywanej muzyki. To jest dla ludzi ciekawe.
Potrafimy zaśpiewać na głosy (w kilku językach), zagrać z
przytupem by nagle wprowadzić widza w nastrój nostalgiczny.
Widziałem jak ludzie słuchając "Johnny I hardly Knew Ye" płakali.
Możemy zagrać na scenie profesjonalnie wyposażonej, by za chwilę
stanąć w tłumie na deptaku i zagrać nie mniej energetycznie,
zupełnie bez prądu. Myślę, że ta nasza uniwersalność
zadecydowała o tym, że rok temu, na festiwalu "Bie Daip" w Holandii
dostrzegł nas i docenił to co robimy Jerry Casault z amerykańskiej
grupy The Hoolie i zaprosił do Bay City na festiwal.
W.O.: Jak wygląda taki festiwal w Ameryce, czy jest podobny do
naszych festiwali szantowych?
K.P. Nie, w Europie i na świecie muzyka morza nie jest tak popularna
jak u nas. Festiwale są mniejsze, choć oczywiście zdarzają się i
giganty jak w bretońskim Paimpol, gdzie przez weekend przewija się
ponad 100 tys. widzów, ale to wyjątki. Przeciętny festiwal to
kilkuset do tysiąca widzów, małe kameralne sceny, często też
śpiewa się po prostu na ulicach. Z reguły organizatorzy nie płacą
za występy (w Polsce to już nie do pomyślenia). Wychodząc z
założenia, że szanty śpiewa się dla przyjemności pokrywają
tylko koszt pobytu. By pojechać do Bay City musieliśmy sami
zapłacić za bilety lotnicze. Ale warto było.
W Bay City impreza odbyła się w ramach "The Tall Ship's
Celebration", czyli zlotu żaglowców, dlatego ludzi było bardo
dużo. Graliśmy codziennie na dwóch scenach pod namiotami, na kei
przy żaglowcach (zupełnie bez prądu :) ) oraz w tawernie
festiwalowej na zakończenie dnia. W sumie zagraliśmy 10 koncertów.
W.O.: Słuch niesie, że zawojowaliście Bay City?
K.P.: O rany, pewnie dlatego, że wszędzie nas było pełno
(śmiech). Rzeczywiście dostaliśmy kilka owacji na stojąco,
namioty, w których były sceny nie mieściły chętnych. Kilkanaście
płyt, które przywieźliśmy zniknęło błyskawicznie. Organizatorzy
chyba też byli zadowoleni, bo zaprosili nas już na kolejną edycję.
Dostaliśmy też zaproszenie do Norwegii w przyszłym roku i kilku
Amerykanów zabrało od nas namiary, bo jest taki festiwal tu i tam...
Ale czy zawojowaliśmy Bay City nie wiem. My tylko robiliśmy to, co
uwielbiamy. Gdzie tylko mogliśmy śpiewaliśmy szanty i graliśmy
folk morski, tak jak go rozumiemy i czujemy. I ten nasz sposób na
morskie granie i śpiewanie jest chyba na tyle odmienny od tego co
robią Amerykanie, że jest dla nich po prostu atrakcyjny.
W.O.: Kto oprócz was występował na festiwalu, czy któraś z grup
zrobiła na was wrażenie?
K.P.: Zespołów było kilkanaście. Armstrong's Patent, Dutch Courage
z Holandii, Fish and Ships z Norwegii i gospodarzy The Hoolie
poznaliśmy wcześniej w Holandii. Niespodzianką był dla nas
belgijski zespół Cre Tonerre. Rewelacyjnie wypadali na sesjach
wspólnego muzykowania w pubie. Niestety nie mieliśmy za wiele czasu
by posłuchać innych. Sceny były na dwóch brzegach rzeki i dotarcie
z jednej na drugą zajmowało trochę czasu. Program był dość
napięty. Ale bardzo spodobał nam się duet amerykańskich muzyków
folkowych, Felicia Dale & Wiliam Pint. Dostaliśmy od nich wszystkie
ich płyty i długo słuchaliśmy ich w samochodzie. Mieliśmy też
okazję przez chwilę posłuchać ich na żywo. Wspaniali ludzie i
świetni muzycy.
W.O.: To był wasz pierwszy pobyt w Ameryce, jak wyglądały
przygotowania i jakie wywieźliście wrażenia?
K.P.: Początki były trudne. Sporo formalności i wydatków.
Gdybyśmy wiedzieli, że to tyle kosztuje, czasu, pieniędzy i stresu,
to nie wiem czy tak łatwo byśmy się zgodzili. Na szczęście wielu
rzeczy dowiadywaliśmy się od przyjaciół i muzyków. Podpowiadali
nam m.in. członkowie grupy Cztery Refy, którzy byli tam wcześniej i
Maciek Szajkowski, który z Kapelą ze Wsi Warszawa bywał już za
wielką wodą. Pojawiła się też grupa wsparcia w Chicago, w
osobach żeglarzy Piotrka Rogalskiego i Ryśka Króla, którzy się
nami zaopiekowali po przylocie (dzięki wam wszystkim wielkie!). Sam
pobyt to była już przyjemność. Od podróży samochodem po Ameryce,
przez koncerty i wspaniałą atmosferę festiwalu po spotkania i
rozmowy z wieloma wspaniałymi ludźmi. No i udało nam się
zaśpiewać na pokładzie słynnego żaglowca "Bounty" m.in. szantę
kabestanową "Sally Brown" pracując przy kabestanie. Jak na starych
żaglowcach bywało. To było coś!
W.O.: Co was zaskoczyło w Stanach?
K.P.: Ceny (śmiech). Liczyliśmy, że będzie trochę taniej. A
poważnie to Amerykanie, ich otwartość, bezproblemowość, brak
dystansu. To jak nas słuchali, z uwagą i zaangażowaniem i
powiedziałbym nawet z szacunkiem. Mile zaskoczyły nas przepisy
drogowe - logiczne, przyjazne, proste. Sporym zaskoczeniem była
ogromna liczba osób polskiego pochodzenia, w nie tak dużym przecież
Bay City.
W.O.: Ameryka za Wami a co jeszcze macie w planach na ten rok?
K.P.: Teraz chwila wytchnienia a pod koniec sierpnia najpierw
zjedziemy w okolice stolicy, do Wieliszewa, później po raz drugi
jedziemy do szczęśliwego dla nas Appingedam w Holandii, a we
wrześniu po raz drugi do Czech, do zaprzyjaźnionego zespołu Ginevra
na ich festiwal folkowy. W tym roku musimy skończyć nagrywanie EPki,
którą męczymy już od roku i chcemy też rozpocząć nagrywanie
kolejnej, trzeciej już płyty, bo za rok jubileusz dziesięciolecia
Sąsiadów i fajnie byłoby coś z tej okazji wydać.
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników. Polskie Radio S.A. nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Komentarze zawierające wulgaryzmy (art. 3 Ustawy o języku polskim z dnia 7 października 1999r.), będą usuwane.