Dookoła Wody w Sandomierzu po raz 6-ty.

    
     Zawsze, gdy jadę na jakiś festiwal, śpiesząc się do celu, mijam drogowskazy próbujące zepchnąć mnie z trasy i wabiące obietnicą przygody. Są takie miejsca, które kusiły mnie wielokrotnie i którym zawsze odmawiałem. Na trasie w Bieszczady takim miejscem jest Czarnolas. Najbliżej zwiedzania byłem, gdy jakieś 20 lat temu z Marią Baliszewską, jechaliśmy na festiwal do Jasła. Zaskoczyła nas mgła, w której pobłądziłem i nagle, zupełnie niespodziewanie, znaleźliśmy się w Czarnolesie, ale nawet wtedy nie wysiedliśmy z samochodu, by zwiedzić miejsce, w którym na świat przyszedł wielki poeta.
          Tym razem sunąc żwawo do Sandomierza postanowiłem skręcić do dworku. Zupełnie niespodziewanie zatem, zwiedziłem sobie Muzeum Jana Kochanowskiego. Park okazały, ale nie ma w nim lipy. Jednym słowem lipa, ale nie koniec na tym. Z dawnego dworu, spalonego ze szczętem, ostały się jedynie drzwi frontowe a także, wykopany przez jednego z okolicznych rolników detal z piaskowca, eksponowany zresztą w muzeum. No i jakby tego jeszcze było mało, to oryginał stał zupełnie gdzie indziej.
       





 A zatem dworek Kochanowskiego, w innym miejscu i zupełnie inny. Dobrze, że chociaż w okolicy, która się mniej więcej zgadza. Wszelako muzeum godne uwagi i polecam, zamiast 20 minut na kawie w stacji benzynowej, warto nadłożyć parę kilometrów i odpocząć w kolebce polskiej poezji. Wychodząc z muzeum, nie wiedziałem, że dalsza wędrówka upłynie mi pod znakiem polskich pisarzy i poetów, bo oto, w Sandomierzu, który znany jest choćby z twórczości Iwaszkiewicza, działał też i Gomółka, który ułożył melodie do psałterza. Tę, iście renesansową postać, upamiętnia tablica przy rynku, ukazująca spory zakres umiejętności i zajęć. Tablicę tę widziałem z okna pokoiku, w którym przyszło mi spędzić noc. Tzw. Górka Literacka to schronienie dla ludzi pióra. Wchodząc na poddasze, towarzyszyły mi zdjęcia poprzednich lokatorów: Miłosz, Kozioł, Iredyński, Mrożek – tyle spamiętałem, ale o mało nie spadłem ze schodów z przejęcia.     
Dzrzwi do (Czarno)lasu.
 

Co zaś tyczy samego festiwalu, to byłem jedynie na 2 dniu „Dookoła wody”.Słyszałem, że śpiewane przy studni na rynku ballady wodniackie i morskie zyskały spore grono słuchaczy, zaś opowieści flisaków Sandomierzanie i turyści wysłuchali w niemym skupieniu.
        Drugiego dnia, na podzamczu, odbył się główny koncert. Zespoły polskie, co może nie zawsze jest atutem imprezy, ale przyznać muszę, że dawno się tak nie ubawiłem. Rozpoczęło się od shanty w wykonaniu Wikingów. Zespół kielecko-radomski. Jakwiadomo oba miasta nie łączy bratnia przyjaźń ani partnerstwo, ale w Wikingach oba żywioły doskonale się odnajdują. Grupę tworzą, z jednym wyjątkiem…. Śpiewacy operowi. Nie wykorzystują tu technik znanych z klasycznego śpiewu, ale zarówno obycie ze sceną jak i możliwości wokalne godne pozazdroszczenia. Ponieważ szanty to szansa dla najmłodszych słuchaczy na rozśpiewanie, czego nie nauczy żadna szkoła – w komentarzu przewijał się co i raz wątek pedagogiczny i różne szkoły zachęcania milusińskich do śpiewu, włącznie z siłowym, przy pomocy pasa. Jeden ze śpiewaków wystąpił w roli Długiego Johnna, Johnna Silvera z Wyspy Skarbów. Oryginał wprawdzie miał drewnianą nogę, ale i tu, w wersji o kuli, artysta budził podziw, prezentując wersję minima, układu choreograficznego. Przyznam się, że w Sandomierzu urzekło mnie miasto, w którym, muszę to ze skruchą przyznać, byłem po raz pierwszy i atmosfera tego wieczoru, bo polskie zespoły nawiązały znakomity kontakt z publicznością, która tańczyła, klaskała i śpiewała wraz z artystami. Było to o tyle trudne, że podmioty występujące na scenie były różniste. Po Wikingach i muzyce najwyższej próby, na scenie pojawił się zespół z Sandomierza i okolic – Anam. Znany jest zresztą pod różnymi nazwami. To był najsłabszy moment koncertu, bo zespół wystąpił w niepełnym składzie. Iza, śpiewająca i tańcząca, musiała wspomóc pamięć ściągawką z tekstem i trudno mi cokolwiek powiedzieć o możliwościach Anam’u bez posłuchania go w pełnym składzie. Zalecam jednak czujność, bo irlandzki zespół o tej nazwie to formacja zjawiskowa. Anam zniknął a w chwilę po nich, na scenie pojawił się Mamadu Diouf z dwoma kolegami. Wszyscy pochodzą z Senegalu, choć obecnie mieszkają w Warszawie. Mówiłem, że wystąpili jedynie polscy artyści, ale po tylu latach spędzonych z nami, Mamadou jest dla mnie bardziej z Ursynowa niż z Senegalu. Wszyscy trzej mówią po polsku i nie dość, że Mamadou umiejętnie wprowadzał w tajniki afrykańskiej sztuki i tradycji, to jeszcze swobodnie muzycy gawędzili sobie z publicznością. Zresztą pojawiły się tez i utwory z polskim tekstem, więc można powiedzieć, że byliśmy w środku bajki i że Mamadou nie Tylem pokazał nam kawałek Senegalu, co otworzył nam drzwi do tej krainy i mogliśmy tam wejść, czując się jak u siebie w domu. Pomyślałem wówczas, że przed wojną Liga Kolonialna i Morska chciała kupić Madagaskar. Nie doszło do tego, z powodu kruchości z kasą ( dla Malgaszy to szczęście, bo język polski jako urzędowy, to masakra!!!) a po z górą pół wieku mamy swoją Afrykę i to zaprzyjaźnioną. Transowe rytmy przywołujące myśl o zachodnioafrykańskiej tradycji, nieco nowsze elementy, z których składa się tamtejsza sztuka: reggae, rumba, wpływy kubańskie, malijski blues, mbalax, trochę chicagowskiego ostrzejszego grania – wszystko to wspaniale zagrane, rozpisane na trzy głosy, dwa bębenki i gitarę. Nie dziwię się, że publiczność rozstawała się z Mamadou i przyjaciółmi z niekłamanym żalem. A tymczasem żal ten ukoić miał Dyrektor Artystyczny
Świtza - Śpiewający dyrektor
festiwalu, Grzegorz Świtalski na czele swej Hambawenah. To formacja unikatowa. Jako jedna jedyna w świecie stoi na straży dawnej śpiewanej tradycji flisackiej. Grzegorz szpera po archiwach, przepytuje dinozaurów, prowadzi studia porównawcze no i co wynajdzie, aranżuje i śpiewa. Kogo interesuje flis po Wiśle niech zada sobie nieco trudu i poszpera w rocznikach National Geographic. W jednym z numerów jest sążnisty artykuł Grzegorza okraszony wspaniałymi zdjęciami. Na koncercie pojawił się nowy perkusista, który dopiero 4 raz zmierza się z flisackim repertuarem, ale nie było tego słychać. Nic w ogóle nie było słychać., ani na scenie ani przed nią. Po chwili takiej niemej pantomimy, jedna ze słuchaczek podeszła do organizatorów i nieśmiało zauważyła, że przydałby się dźwięk i po tej uwadze i szeregu eksperymentów, udało się. Stare utwory, ale wiem od Grzegorza, że nowe mixy staroci i nowiuteńkie utwory już czekają na zarejestrowanie. To najlepsza wiadomość z Sandomierza!!! Koncert rozpalił widownię, bo ci którzy nie byli na koncertach Hambawenah nie wiedzą, że nie dość, że brzmią rasowo, jak stary, dobry fair port Convention, to jeszcze wokalistka tak pląsa, że śmiało można powiedzieć, że Hambawenah to zespół pieśni i tańca, a w zasadzie chyba nawet odwrotnie. Rozbawili i porzucili publiczność pod sceną ale tylko dlatego, że jak mówią Finis koronat opus – a tym razem zwieńczeniem miał być występ zespołu, który był dla mnie zagadką (Poparzeni Kawą 3). Wojciech Jagielski za perkusją, potem długo nikt i brat rodzony Jarosława Kreta (zapowiada pogodę w TV) "Kret" -wystąpił jako wokalista w 2 utworach i grał na puzonie, gitarzyści z radia RMF FM i Tok FM. Pomyślałem, czytając tę informację, że to grające nazwiska. Zapewne nic ciekawego a całość opiera się na ciekawości, jak tak przesławni dziennikarze muzykują. Ostatecznie i fińscy skoczkowie narciarscy też założyli kapelę. Tymczasem okazało się, że frontmanem jest sam… Romek Osica!!! Pytałem ostatnio Maćka Szajkowskiego, co stało się z niepozornym flecistą i śpiewakiem Kapeli ze Wsi, gdy grupa ta miała jeszcze 11 członków i stawiała pierwsze kroki (potem Romek grał jeszcze w Wiankach Samagri i w Przylądku Starej Pieśni). Nie poznałem go na scenie, a można było się pomylić bo gdzie indyjskie psychodelik, polski folklor i shanties a gdzie… Leningrad. The Best of … Zresztą, jak się dowiedziałem Sznur namaścił formację do tego by wykonywała jego utwory. Część w oryginale, część spolszczona – tyle o tradycji legendarnej formacji a dorzućmy do tego jeszcze Piatnicę. Na zakończenie evergreen Czerwonych Gitar „Nie zadzieraj nosa” w opracowaniu na rosyjskie ska, zabrzmiało rewelacyjnie i choć z pewną rezerwą przyjąłem leningradzkie motywy, to w tym ostatnim akcencie budzi się nadzieja na absolutnie nowe granie. Płyta ponoć za chwilę będzie, więc z utęsknieniem przyjdzie nam czekać. Co do moich zastrzeżeń, to chyba miałem je jedyny, bo pod sceną istne szaleństwo, które czasami zagrażać się zdrowiu, a nawet zagrażać się zdało, myślę tu o pani w różowej bluzeczce, która na bruku kręciła takie piruety, że hej – a wszystko w szpilkach!!!

autentyczny flisak - jak ostatni Mohikanin
Podsumowując – Festiwal „Dookoła Wody” i przez wodę zawojowany, bo Sandomierz ucierpiał ostatnio od powodzi. Wpłynęło to niewątpliwie na budżet festiwalu, ale wieczór był naprawdę uroczy i niezapomniany. Wydaje się, że to „spadek” po shantowej imprezie i po działalności Hambawenah, bo publiczność dzielnie radziła sobie nie tylko z refrenami, ale i ze zwrotkami niektórych piosenek. Materiał do przemyślenia – chętnie posłuchałbym pieśni o Sandomierzu. Tylu poetów i literatów tu gościło. Musieli jakiś ślad odcisnąć. Po drugie – z utęsknieniem czekam na kolejny album Hambawenah. Jeżeli Grzegorz czyta te słowa, to niech potraktuje je jako upomnienie (do roboty!!!). Po trzecie – Poparzeni Kawą Trzy zaostrzyli apetyt na swój debiutancki album. A cały festiwal na kolejną odsłonę.










I jeszcze parę fotek:





























Komentarze do artykułu (1)
komentarze od 1 - 1 z 1
  • 1 25.08.2010 18:51 Piszac relacje, zadal bys sobie minimalny wysilek w zdobyciu nazwy zespolu o ktorym piszesz. Anam na Éireann sie nazywamy. Ale nawet Twoj kolega konferansjer wykazal sie totalna ignorancja, sugerujac, ze nie wie kto wystepuje na scenie. Jako dyrektyor tegoz festiwalu sic!. Czyli nie wie kogo zatrudnia do pracy na swojej scenie? I moze Iza spiewala ze sciagawki, ale jako bywalec roznych imprez, raczyles byl zapewne zauwazyc, iz najwieksi spiewacy operowi, rowniez posluguja sie sciagawkami. A raczej nutami. Nie wiesz co ona tam miala, w pieknej bordowej okladce. soulman
komentarze od 1 - 1 z 1
podpis:

mail:

komentarz:

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników. Polskie Radio S.A. nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Komentarze zawierające wulgaryzmy (art. 3 Ustawy o języku polskim z dnia 7 października 1999r.), będą usuwane.