Padało dziś dzień cały, więc chodząc po mieście, skryłem się w "bliskowschodniej" knajpie. Lokal jak lokal - niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale też i nie pisuję recenzji z potraw. Czekając na danie, wsłuchiwałem się w to, co sączyło się z głośników, a było czego posłuchać.
Rahid Taha. Sam
Rahid Taha nie jest zły i ludzie płacą drogo za bilety, by posłuchać go na koncercie, a tu wciśnięty między egzotycznie brzmiące nazwy dań, w gwar lokalu, jakoś tracił na wartości.
W świątyni sztuki kulinarnej, nawet najlepszej, muzyka traci na wartości i zastanawiam się czy istnieje jakieś prawo będące odpowiednikiem, w tym względzie,
prawa Archimedesa.
Utwór zanurzony w tłuszczu roślinnym, traci tyle na wadze, ile wartość rachunku
(z napiwkiem)???To chyba fizyka masowego żywienia, jakaś nauka o masie, która rzadko bywa krytyczna...
Powracając do Rahida, to całkiem dobra muzyka i nieczęsto się zdarza usłyszeć ją w knajpie. Nie powinienem więc wybrzydzać i jeśli to robię to stając jedynie w obronie artysty.
W większości tanich lokali i w sieciowych "restauracjach" towarzyszy nam muzyka w ostrych rytmach kopulacyjnych, obliczona na schlebianie tanim gustom gości w dresach.
Niby wszystko w porządku, mówię rytmy kopulacyjne, ale bardziej w tym przypadku trafne jest określenie jelitowe, bo choć słodkim głosem wokalistyki dotykają sfery damsko-męskiej i oddziałują na organy "te właśnie", to monotonią rytmu i ostrym, agresywnym beatem, wpływają pobudzająco na perystaltykę jelit. Z punktu widzenia medycznych właściwości tej sztuki to jest ona nie tyle do trzustki czy wątroby, co do d..
Tymczasem myśl moja powiodła mnie ku kulturom, w których muzyka żywieniowa nie kojarzy się z tandetą artystyczną.
Takim miejscem jest np. Gruzja. Wypracowana tam przez wieki metoda picia wina w pucharach, obrosła zwyczajowymi pieśniami, śpiewanymi toastami chóralnymi.
Rosjanie na próżno usiłowali wyprzeć ją i zaproponować równie męskie picie gorzały szklankami. Rosjanie też mają piękne toasty, ale doświadczenia ich w tym względzie są raczej odmienne...
Doskonale oddaje je Toast, jaki znalazłem w jednej z ostatnich lektur, u Mariusza Wollnego: Żegnaj rozsądku! Spotkamy się pod stołem!
Nie wiem, czy to pieśń religijna czy "stołowa", ale Gruzini potrafili wspólne biesiady podnieśćdo rangi rytuału, niemalże religijnego i nie na darmo mówi się o tym, że ołtarz w kościele jest, tak naprawdę stołem, (na którym odbywa się pamiątka Ostatniej Wieczerzy). Guzińskie stoły to ołtarze nie tylko sztuki schlebiania podniebieniu ale i gardłu a to dzięki znakomitym winom i pieśniom.
No i ponieważ do Polski zawitała (jakiś czas temu) moda na "irlandzkie" puby, a mówimy o kulturze spożycia, to zanim weźmiemy się za temat na poważnie, zestawiając różne pieśni sławiące uroki picia ( o a jest tego!!!) proponuję, już na zakończenie, wizytę w oryginale:
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników. Polskie Radio S.A. nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Komentarze zawierające wulgaryzmy (art. 3 Ustawy o języku polskim z dnia 7 października 1999r.), będą usuwane.