23.04.2012
Miejsca prywatne.Komentarze (0)
Uwielbiam Mariusza Szczygła za wszystko, a owo "wszystko" byłoby zbędną inwentaryzacją rzeczy oczywistych, ale z jednym nie mogę się w żaden sposób zgodzic... "Wrzenie Świata"? - nie, chapeaux bas..."Gotland"? - mistrzostwo świata. Jego czechofilstwo? - liga kosmiczna. No to o co chodzi? Ano o jeden niewinny wpis na blogu Mariusza pt: Jeśli mam polecac Warszawę. W swojej rekomendacji miejsc prywatnych Mariusz umieszcza tam pewną restaurację mieszczącą się na Powiślu, uzasadniając,że a/ ludzie tam sobie siedzą na plecach, b/ przypomina ona francuskie restauracyjki, oraz c/ mozna tam zjeśc rosół paryski, sardynki z marakują i małże św. Jakuba z czarnym risotto...Mariusz, błagam, nie rób mi tego, bo - jak mówią nasi ukochani sąsiedzi - po a/ tłoku tam NIGDY nie ma, wiem, bo widzę ten przybytek z okna, po b/francuskie restauracyjki mają inny zupełnie klimat, i po c/ rosół paryski i ta reszta to taka wizytówka polskiej kuchni, jak tapas w Wenecji, musaka w Barcelonie lub sznycel wiedeński w Nicei. Poza tym pisałam już o tym kilka/naście tygodni temu - owo cudo jest miejscem lansu i szpanu, stąd brak zasłon i duże witryny,aby paparazzi mieli jasnośc, czy w danej chwili jest w kogo wycelowac. I jeszcze jeden argument Szczygła - w tej knajpie zapomina się,że w Polsce był komunizm. Otóż nic właśnie, przy takim menu i zestawie spodziewanych gości podanych przez okna jak na talerzu tym bardziej pamiętam,że to jest odreagowanie, na zasadzie Scarlett O'Hary, która na pustym wypalonym polu Tary przysięgła sobie,że już nigdy nie będzie głodna, a dalszy ciąg, raczej - jej pociąg do bogactwa, już znamy. Jeśli zagraniczny turysta chce się poczuc inaczej, niż u siebie, to po co mu serwowac to, co doskonale zna? Chyba żeby pozbyc się kompleksu, że Polak nie potrafi... Dlatego ośmielam się polecac miejsca mniej znane,ale kulinarnie sprawdzone, gdzie można spróbowac pyzy jak z Różyca, śledzika z awanturką, galaretkę z nóżek / dodatek żelatyny lub drobiowych trucheł absolutnie zakazany!/, lub "ptifurków' ,czyli małych kanapeczek z domowymi pastami. Że co, że nie każdy musi lubic polską ciężką kuchnię, która przy sardynce z marakują brzmi prostacko? Hy hy, taka sardynka jest z pewnością równie kaloryczna, jak nasz śledzik, a i w kuchni portugalskiej jest powszechnym składnikiem menu niezamożnej części społeczeństwa. No ale portugalskiego! Dlatego jeśli mam polecac Powiśle, to owszem, jest co - BUW z cudnym ogrodem na dachu, Centrum Nauki Kopernik i kilka klubów w oryginalnych wnętrzach starych powiślańskich fabryk i zakładów, no i "Czułego Barbarzyńcę" - bo był pierwszy na ugorze. i jeszcze jedna moja prywatna rekomendacja - mój warzywniak pod domem; wprawdzie właściciel o wyglądzie podejrzanym, dużej powierzchni tatuaży i nie mówiący trzynastozgłoskowcem,ale ma najlepsze lobo i cortlandy / ciekawe, czy szef kuchni owego Mariuszowego cudu knajpowego wie,co to za dziwa?.../, a do swojej córki pracujacej w sklepie mówi: - Córcia, jak Ty ładnie dziś wyglądasz!... Acha, jakby co, to u niego też można płacic kartą.
Więcej »Komentarze (0)
03.04.2012
Polak Kenijczyk dwa bratanki.Komentarze (9)
Jesteśmy mistrzami w narzekaniu na wszystko i w sprzeciwie na każdą okoliczność - od emerytur przez dziury w drogach po aurę pierwszej dekady kwietnia. Proszę zwrócić uwagę,że mój ekskatedralny ton dotyczy także i mojej skromnej osoby - królowa troski i caryca zmartwienia to moje drugie i trzecie imię. Właśnie w takim nastroju przez czysty przypadek obejrzałam znakomity dokument o Kenijczykach, których życiowe warunki i PKB są dużo gorsze, niż u nas, biedaków ciemiężonych przez Rosję, Niemcy, spisek masoński, emerytury spisywane na serwetce i uczestniczki Manify. Kenijczycy są ludżmi nie tylko żyjącymi na granicy ubóstwa, czy wręcz poniżej, ale nade wszystko twórczymi i pomysłowymi. Egzystując w fawelach, przy których te z Rio de Janeiro wydają się daczami z Czechowa, znajdują spsób na wyjście stamtąd i na poprawę swojego losu. Była prostytutka po kilkunastu miesiącach oszczędzania nabywa używaną maszynę do szycia, chodzi na miejscowy targ i skupuje uzywaną odzież, która ani urodą nie powala, ani modnym fasonem nie grzeszy. Siada do maszyny i pruje, przerabia, dodaje,zwęża i spod igły wychodzą jej piękne sukienki. Sprzedaje swoje rękodzieła na pniu, fawele opuściła już dawno i żyje teraz w skromnym,ale schludnym domku na przedmieściach Nairobi. Inny Kenijczyk patrząc na baraki z kartonu pozbawione prądu wpada na pomysł konstruowania lamp solarnych, które rozdaje za darmo mieszkańcom owych baraków. Uderza do różnych organizacji o zwrot kosztów produkcji, co akurat trudne nie jest, bo nie są one wygórowane,a dzięki tym lampom już kilkadziesiąt domków ma światło po zmierzchu i dzieciaki mogą odrabiać lekcje. Inny "pomysłowy Dobromir" skupuje kości zwierzęce, szlifuje je, obrabia i produkuje piękną biżuterię za niewielkie pieniądze. Poza pomysłowością ci Kenijczycy mają w sobie niezwykłą radość życia, chęć działania i zmiany swego nienajłatwiejszego losu. A nie można powiedzieć, że jest im łatwiej, wręcz przeciwnie. I co najważniejsze - potrafią się dzielić tym, co zdobyli - ów wytwórca biżuterii zatrudnia swoich kolegów z faweli, a szwaczka pomaga licznej rodzinie. U nas lampy solarne jako główne żródło zasilania raczej się nie przyjmą, silnie rozwinięty rynek szperanek nie dałby szans nawet najbardziej pomysłowej szwaczce, a segment biżuterii ze wszystkiego też jest silnie obstawiony,ale przy okazji wpadł mi do głowy inny patent przedświąteczny: zróbmy domowe ciasto, nawet gnieciucha, i podzielmy się z sąsiadem i przyjaciółmi. Bogatsi od tego nie będziemy,ale bardziej uśmiechnięci na pewno. A to czasami jest więcej warte, niż cała krzątanina i gorączka przygotowań do świąt, których sens czasami nam umyka. Oby nie...
Więcej »Komentarze (9)