ŻYCIE - RZECZ POŻYCZONA

Rozmowa z ANDRZEJEM MULARCZYKIEM - pisarzem, reportażystą i współautorem powieści radiowej "W Jezioranach"

- Która to już Wielkanoc "W Jezioranach"?

- Będzie czterdziesta piąta.

- Losy rodziny Jabłońskich, Kajfaszów, Wilczewskich czy Pawlaczów śledzi już piąte pokolenie. Na internetowej stronie "Jezioran" można przeczytać, że powieści słuchają co tydzień 2 miliony Polaków. W czym tkwi jej fenomen?

- Kiedy zaczynaliśmy (po raz pierwszy powieść została nadana w radio 29 maja 1960 r. - przyp. aut.), cieszyła się ogromną popularnością. Ale wówczas nie było seriali i telenoweli. To było zastępstwo bajki dnia codziennego. Myślę, że w tym wypadku jest to "fenomen przywiązania". Bywa, że od policjanta, który łapie mnie za przekroczenie prędkości, słyszę: "Rany boskie! Moja mama się ucieszy, gdy dowie się, że to właśnie ja pana zatrzymałem. Ona słucha audycji od lat". Czasami pozwalam sobie wykorzystać pozycję autora do uniknięcia srogich mandatów.

- Powieść wymyślił Włodzimierz Sokorski. Starsi wiedzą, o kim mowa, młodszym trzeba wyjaśnić, że był kiedyś taki prezes Radiokomitetu...

- ... a w tym czasie radio nadawało już "Matysiaków".

- Ale "Jeziorany" nie stanowiły dla nich konkurencji.

- To miała być audycja dla mieszkańców wsi i środowisk nie związanych z miastem. Trzeba przypomnieć, że wówczas wszystkie przedsięwzięcia miały swoją ukrytą ideologię. Dwie wcześniejsze próby stworzenia takiej powieści radiowej nie powiodły się. Wówczas moja szefowa z redakcji reportaży Zofia Posmysz, autorka m.in. "Pasażerki", zaproponowała mi i Władysławowi Milczarkowi. Udało się. Przypuszczam, że źródło powiedzenia tkwiło w tym, że byliśmy reporterami i dziennikarzami. Pewna znajomość życia i Polski bardzo się przypadała.

- "Jeziorany" miały wychować, szerzyć wiedzę o wsi, chwalić pegeery, upowszechniać nowe metody upraw, a przede wszystkim trzymać się blisko życia. I trzymały się, a dzięki temu przetrwały wszystkie "burze i napory".

- Jeśli coś ma być bliskie życia, to musi być spełnione podstawowe prawo postaci dramaturgicznych. Każda musi mieć swoją biografię, własny język i temperament. W odróżnieniu od dziesiątków telenoweli, w których mówi się językiem banalnym, gazetowym, bohaterowie "Jezioran" niosą ze sobą jakąś barwę, mają swój charakter, koloryt i swoje problemy. Może właśnie w tym należy upatrywać, że ludzie oswajają się z nimi i chcą z nimi obcować.

- Doliczyłam się pięciu pokoleń Jabłońskich, tej najważniejszej jeziorańskiej rodziny. Wielu pamięta dziadka Mateusza, tymczasem dorośleją już wnuki Ireny i Stefana. Czy słuchacze doczekają się kolejnych uroczystości ślubnych i narodzin?

- To zależy jak długo żyć będą autorzy (śmiech).

- Daj Boże im jak najdłuższe życie.

- Dziękuję. Wracając do fabuły. Marysia Jabłońska jest w ciąży i jest to dla niej samej zaskakująca sytuacja. Będą chrzciny i jakieś inne konsekwencje dramaturgiczne. Szykował się związek Staśka Jabłońskiego z Izaurą Pawlaczówną, ale na razie jakoś ta sprawa się rozwiała. Może jesienią uda się rozwiązać różne problemy i w końcu ta para też się połączy.

- Wielki problem jest z aktorami. Zmarł niedawno Krzysztof Kołbasiuk, odtwórca roli inżyniera Zbigniewa Półtoraka. Czy niepisana zasada, że autorzy powieści wraz ze zgonem aktorów uśmiercają grane przez nich postaci, również tu zadziała?

- Mamy problemy z aktorami. Odchodzą na własną prośbę, tak jak Wanda Majerówna, która przez wiele lat grała Irenę Jabłońską. Nie chcieliśmy osierocać tej rodziny, dlatego zastąpił ją ktoś inny. Jest grupa aktorów, którzy starzeją się razem z autorami powieści. Są już w takim stanie, że długo nie będą mogli nam służyć swoim głosem i talentem. Nie chcemy mnożyć śmierci, dlatego postanowiliśmy, że Zbyszek Półtorak pojedzie za granicę, bo otrzyma naukowy grant i tam dłużej zostanie.

- Jest pan od początku w zespole, który pisze scenariusze kolejnych odcinków powieści. W tym czasie stworzył pan również wiele scenariuszy, na podstawie których powstały kinowo-telewizyjne hity. Który film czy serial jest pana ukochanym dzieckiem?

- Z podszeptu publiczności pada na "Samych swoich". Rodowód tej komedii też jest radiowy. Najpierw było słuchowisko, które zostało przetransponowane na film. Pamiętam, jak 37 lat temu, w Zakopanem, waliłem głową o modrzewiowe pnie, żeby coś z siebie wykrzesać i przeistoczyć słuchowisko, z Wojciechem Siemionem w roli głównej, w scenariusz filmowy. Męczyłem się bardzo, za to miałem wielką satysfakcję, gdy film wszedł na ekrany. Przed premierą "Samych swoich" w warszawskim kinie "Moskwa" kolejka stała wzdłuż ul. Puławskiej aż do ulicy Dąbrowskiego. W pierwszym roku dystrybucji film obejrzało 8,5 miliona widzów. W tamtych czasach to był rekord.

- Podobno w scenariuszu wykorzystał pan rodzinne opowieści.

- Wiele scen, wydarzeń, postaw ludzkich, charakterów wziąłem z opowieści mojego stryja Jana Mularczyka, który tak właśnie dotarł na ziemie zachodnie, jak bohater "Samych swoich". Jadąc, jako sołtys wsi Boryczówka, szukał tych, którzy wyruszyli przed nim. Po ułamanym rogu krowy sąsiada poznał, że to jest to miejsce, w którym ma się zatrzymać. I kazał odczepić wagon. Wiele scen zawiera autentyczne zdarzenia. Mogę powiedzieć, że w ten sposób przedłużyłem historię mojej rodziny. Stąd mam do tego filmu duży sentyment. Cenię sobie również inne, może mniej znane obrazy, w tym między innymi telewizyjny film "Ostatnie takie trio" ze Zbigniewem Zapasiewiczem w roli bosonogiego, brudnego Cygana, skrzypka. Miałem ogromną satysfakcję, kiedy w grubym tomie wspomnień Zapasiewicza przeczytałem, że to jest jego ulubiona rola i ulubiony film. Proszę sobie wyobrazić, że ja, który już teraz nie znosi seriali ani telenoweli mam sentyment do dwóch swoich prób serialowych: "Drogi" z Wiesławem Gołasem w roli głównej, który do dziś nie może uwierzyć, że specjalnie dla niego napisałem ten scenariusz i "Domu". To kolejny film, w którym uwidaczniają się moje związki emocjonalne. W scenariuszu, pisanym razem z Jerzym Janickim, zawarliśmy ogromną część naszych własnych doświadczeń, zebranych zarówno w trakcie reporterskich wypraw, ale również osobistych przejść, wyborów życiowych i moralnych decyzji. Miałem niedawno spotkanie autorskie w Domu Kultury na Pradze. Pytano mnie o Wrotka, reżysera w serialu "Dom", granego przez Jana Englerta. Chcieli wiedzieć, czy sceny, w których Wrotek cierpi i miota się, bo jest zmuszony wyciąć ze swoich filmów niektóre sceny, zostały wzięte z życia. Potwierdziłem, że są autentyczne, że tak kiedyś było. Stąd mój pewien sentyment i do tego serialu, bo tam, gdzie zostawiamy cząstkę siebie, tam się kiedyś odnajdujemy.

- Dziś internauci piszą, że to jeden z najlepszych polskich seriali, że wiele w nim genialnych ról. Nie wiem czy wiedzą, szczególnie młodsi widzowie, że autorzy mieli ogromne problemy z cenzurą.

- Owszem były, ale nie tylko z cenzurą. Gdy Jan Łomnicki kręcił drugą część serialu, doświadczył okrutnych przejść z biurokracją telewizyjną. Co jakiś czas zatrzymywano produkcję z powodu różnych uzależnień od intryg i ekonomii. Po czym znowu ruszała, a po jakimś czasie ponownie trzeba było szturmować bramy telewizji. Od tej pory strasznie zniechęciłem się do tej instytucji. Dlatego wszystkie swoje sprawy filmowe załatwiam przez producentów. Nie chcę już stawać przed bramą i zadzierać głowę, by zobaczyć dziewiąte piętro. Tam bowiem decydowały się - często w sposób bezwzględny - losy tego serialu, powodując straszliwe cierpienia autorskie. Trzeba sobie szczerze powiedzieć: życie scenarzysty to łza.

- Mówi się o panu, że jest twórcą wszechstronnym: pisarzem, reportażystą, autorem scenariuszy filmowych, słuchowisk, powieści. Nic jednak nie dorówna książce. W niej zawarte jest "całe mięso".

- Dokładnie trafiła pani w istotę rzeczy. Na pytanie, które pada na różnych spotkaniach: "Kim pan właściwie jest: reportażystą czy autorem literatury faktu?", odpowiadam: - Po prostu sobą. Autorem, który stara się najlepiej spożytkować swoje tworzywo. Ale to, co pani powiedziała, to najgłębsza prawda. Mianowicie, że książka, słowo drukowane jest najbardziej cennym surowcem autora. Mam trochę żalu do siebie, że zbyt wiele czasu poświęciłem na film. Jednak za późno zorientowałem się, iż pisarz jest tylko właścicielem słowa. Kiedy pisze dla kogoś scenariusz jest już tylko dostarczycielem pewnej partytury. Jak ona zostanie wykonana? To jest już poza nim. Jeśli miałbym odpowiedzieć na pytanie, co z tego, co w życiu zrobiłem, cenię sobie najbardziej, powiedziałbym, że może jednak tych kilka tekstów w książkach.

- Kilka? Skromnie powiedziane. W połowie lat 80. ukazał się zbiór reportaży "Czyim ja życiem żyłem". Znałam bohatera tytułowego reportażu, jednak nieprawdopodobną historię Włocha z maleńkiej nadmorskiej wsi Wicie poznałam dzięki panu. Dziś można tylko ubolewać, że nie ma reportażu literackiego. Dlaczego? Czy tworzywo się wyczerpało?

- Nie ma zapotrzebowania na długie teksty, nie ma też takich pism jak dawniej, które drukowały reportaże liczące 20-30 stron. Jednak powodów jest więcej. Dziś życie inaczej wygląda. Wszystko, co się dzieje, dzieje się szybko, byle jak, po wierzchu. A przecież literatura faktu żywi się losem ludzkim. Najbardziej dramatyczne historie zdarzyły się w czasie wojny i po wojnie. Teraz jest inna materia i inne warstwy zainteresowania.

- Jan Patoka, bohater reportażu "Msza św. Huberta" mówił tak: "Życie to rzecz pożyczona, ono idzie, płynie, a my go po troszku dostaniem do posmakowania". Panu można tylko zazdrościć, bo dzięki swoim bohaterom nie smakował, tylko brał z życia garściami.

- Ale dzięki panu Patoce dowiedziałem się, że tak powinno się właśnie robić. Nasi bohaterowie też wpływają na autorów.

Rozmawiała Hanka Sowińska