28.10.2013
Radio. One wayKomentarze (19)

Krzysztof Czeczot i jego  słuchowisko „Andy” – najlepsze na festiwalu  Prix Europa! ...Doczekaliśmy się w końcu głównej nagrody na najbardziej prestiżowym festiwalu.


Współpracuje z naszym teatrem od 2007 roku. Kilka  już razy stawał w szranki gigantycznej berlińskiej/europejskiej  imprezy ,  tym razem  międzynarodowe jury doceniło  zarówno pomysł jak i sposób realizacji jego słuchowiska. Można  było  „Andiego” wysłuchać w Trójce, jest dostępne na stronie autorskiej  Krzysztofa Czeczota (choć w netowej wersji znika to, co bardzo ważne w  tym akurat słuchowisku, czyli specjalna jakość dźwięku).
Dodać trzeba, że absolwent  wydziału aktorskiego „filmówki” (2002r.)  dał się  także poznać jako autor  kilku sztuk i scenariuszy teatralnych, stał się  popularnym aktorem filmowym i telewizyjnym,  przez kilka sezonów  grał w jednym z najciekawszych teatrów w kraju - u Anny Augustynowicz (Współczesny w Szczecinie), często też pracował w Radiu Szczecin.  
Gdy wysłałem mu do Berlina gratulacyjny  SMS  z pytaniem, ku jakim szczytom teraz się zwróci, odpisał, że Prix Europa to taki Mount Everest i nic wyższego już nie ma. Ależ znajdzie się, znajdzie -  na pewno.
Po raz pierwszy objawił się  w TPR  w 2007r. jako autor intrygującego  scenariusza ”Gru-7-O-dzień”. Tekst przywiózł ze Szczecina i zrealizował Sylwek Woroniecki. Była to prosta opowieść o człowieku, który produkuje i sprzedaje  pamiątki   (właściwie „pamiątki”) po tzw. wydarzeniach grudniowych 1970. Zgorzkniały człowiek niesie jakąś nieprawdziwą, płaską i skłamaną wizję historii. Ale interes kręci się – bo ludzie chętnie wypiją  kawę lub wódkę  z kubka opatrzonego wzniosłym symbolem. Czy spieniężyć można pamięć, historię, a nawet Historię?  – pytał autor.
Rok później zrealizował swój pierwszy autorski projekt -  reportaż w elementami słuchowiska (albo odwrotnie) pt. „Dublin. One way”.  Opowieść o Krisie (grał go autor), który wyjeżdża do Irlandii aby zarobić na utrzymanie swej rodziny.  Nagrania reporterskie z ulicy dublińskiej łączyły się z napisanymi nielicznymi dialogami, tworząc razem pulsującą opowieść o gonitwie za stabilizacją. W migotliwej formie, mocno podkreślającej zmiany akustyczne i  różnorodność planów dźwiękowych, udało się Czeczotowi zawrzeć  istotny aspekt życia kraju w stanie ciągłej transformacji. Przedstawiałem kilkakrotnie to słuchowisko na różnych festiwalach teatrów offowych – i wszędzie wzbudzało zainteresowanie : współbrzmiało z niepokojami szarpiącymi bardzo młodych twórców. Dodać trzeba, że „Dublin.One way” przyniosło  autorowi pierwszą dużą nagrodę radiową – na festiwalu „Dwa teatry” w roku 2008.  
Dwa lata później było to już Grand Prix na tym festiwalu i kilka innych nagród, jakie otrzymało kolejne  jego słuchowisko – „Jeszcze się spotkamy młodsi”. Nagrane w Radiu Szczecin, przedstawione na antenie ogólnopolskiej , przykuwało uwagę  kilkoma  rzeczami:  tajemniczą atmosferą ( czy to psychodrama, czy wędrówka po zaświatach?),  tzw. problematyką rodzinną (wspaniale narysowana relacja ojciec – syn) i grą aktorów. Duet Marian Dziędziel i Robert Więckiewicz   jest to zapamiętania  na długo.  
Jeszcze dobitniej niż w opowieści dublińskiej słychać było, że autor i reżyser  panuje  nad  migotliwą  formą dźwiękową,  swobodnie wędruje  przez plany czasowe, przestrzenne,  w skrótowości fabularnej widzi  szansę na mocny apel do  wrażliwości  słuchacza.  Nie było to łatwe w odbiorze słuchowisko. Pokazywało  też,  że Krzysztof Czeczot  ma jakiś naturalny talent  twórcy radiowego -  przede wszystkim słyszy:  dźwięki  świata, głosy, słowa ludzi, aktorów, których „odkleja” od ich fizycznego wizerunku.

Magdalena Cielecka - "Andy"





Później nagrał przewrotny kryminał „Pętla” (z Jerzym Trelą) i zaczął wielomięsięczną pracę nad „Andym” , w którym zostały zebrane  krążące po jego twórczości wątki: historia rodzinna,  czarny kryminał, migotliwość czasu, bohaterowie, których  statusu nie da się dookreślić.
Czytałem  kolejne wersje tekstu scenariusza. Na ogół bywa tak, że autor w trakcie takiego „editingu” upraszcza wątki, krystalizuje relacje, by słuchowisko  mogło zostać w miarę pomyślnie przyswojone przez słuchacza. Tu zaś widziałem  wciąż rosnący  i gęstniejący las sytuacji, znaczeń. Trochę  obawiałem się o finalny efekt, chociaż rosła też  moja fascynacja tym projektem. Oczywiście głównie za sprawą wykorzystania   magnetyzującego głosu Romana Wilhelmiego.  Dopiero w procesie żmudnego montażu  idea  opowieści o oszalałym (czy aby na pewno?)  realizatorze dźwięku zaczęła  nabierać pełnej spójności artystycznej.







                                                                  Krzysztof Czeczot i Andrzej Brzoska - "Andy


 Tarantino – takie były pierwsze skojarzenia  po wysłuchaniu fragmentów, które Andrzej Brzoska  precyzyjnie ubierał w efekt dźwięku przestrzennego.  Stopniowo powstawała nie tylko opatrzona  w cudzysłów  opowieść o szaleńcu od montażu  komputerowego, który zabija matkę (a może nie?) i wpada w sieć jakieś gangsterskiej  afery (a może nie?), ale opowieść o naszym medium – o radiu.  Władca świata dźwięków,  który  umie zmieniać dźwiękowy obraz  świata aby manipulować  uczuciami odbiorców, wpada w pułapkę zastawianą przez siebie na innych.
Czas przestaje mieć tu znaczenie: Roman Wilhelmi  spotyka się w pracy z Adamem Woronowiczem.  Andy Woronowicza wchodzi w świat tandety medialnej  jak w realny świat,  odzywający się z zaświatów – czyli z nagrania – Wilhelmi staje się  zaś sędzią poczynań bohatera.  Szaleństwo narasta. Kłębowisko znaczeń nie do przyjęcia zapewne dla miłośnika arystotelesowskiego ładu i umiaru – pokazujące  za to  poprzez nierealność najprawdziwszy świat, w jakim musimy żyć. Jak u wczesnego Tarantino  właśnie.
Czy można pójść dalej? Jeśli  wie się – po co, to nawet trzeba.   Czekam na kolejne scenariusze Krzysztofa Czeczota.

Więcej »Komentarze (19)
06.10.2013
ProfesorKomentarze (0)
Nie żyje Józef Szczublewski. Profesor. Pisarz. Aktor. Muzealnik. Dokumentalista. Dziennikarz. Gawędziarz. „Znałem go, Horacy…”
 Od lat był nieobecny w tzw. bieżącym życiu teatralnym. Przez większość swego życia skupiony ma tym, co  w teatrze BYŁO, a nie na gorącej współczesności. Pisał grube, nabite faktami książki, unikał efekciarskich teorii dotyczących bohaterów swoich książek. Niczego nie dekonstruował .
 Nie podlizywał się też młodym, a jednak zostawił w pamięci swych wielu uczniów mocny ślad. Patrzył z dystansem na siebie ale również i nas – grupkę studentów, tzw. literatów i reżyserów, wśród których siedziało kilku istotnych dziś dla kultury artystów. Wykłady z profesorem Szczublewskim to były długie, zawikłane opowieści o losach Modrzejewskiej, której „Żywot” właśnie kończył pisać, także liczne odwołania do teatru i losu Osterwy – właśnie niedawno wydany (bo tak mniej więcej rok przed moim przyjściem do PWST) „Żywot Osterwy” był wtedy przebojem księgarskim .
 Zwracał uwagę na mało istotne szczegóły, które uprawdopodobniały życie teatralne w dawnych epokach. Pokazywał  abstrakcyjną wtedy - w połowie lat 70. - rzeczywistość teatru w systemie rynkowym – na przykładzie peregrynacji Modrzejewskiej po Ameryce . I nieoczekiwanie w te wielkie wątki włączał np. własne opinie o obejrzanych spektaklach. Pojawiała się też postać, o której mówił „Szczublewski”. „Szczublewski” -  aktor na scenie Dramatycznego, „Szczublewski”  - młody  dziennikarz rozmawiający z Solskim, „Szczublewski”  - muzealnik walczący o jakiś eksponat do Muzeum Teatralnego.
Teatr traktował trochę jak zadanie życiowe, ba – rodzinne. I on mnie chyba nauczył tego, że to tylko w teatralnej budzie CZASAMI świetnie sprawdzają się i tzw. nepotyzm i z nagła podejmowane mało demokratyczne rozwiązania, i ośli upór , i dziadek, któremu zdarzają się nagłe odjazdy… Jak to w dużej rodzinie.
 Miał sporo dystansu do teoretyków, zimnych analityków, traktujących teatr jako problem badawczy, zadanie tzw. naukowe. Teatr to poetyckie marzenie,  egzemplarz pokreślony, scena, próba,  histeria przedpremierowa, afera z kochanką, brak pieniędzy i nagłe złoto sukcesu. „Jeżeli będziecie mocno emocjonalnie związani z teatrem, to zawsze znajdziecie w nim jakieś miejsce dla siebie „ – tak mniej więcej mówił.
 Gdzieś pod koniec kursu zaprosił naszą niewielką grupkę do Muzeum, gdzie przy dyrektorskim biurku poczęstował kieliszkiem brandy. Kieliszki postawił na mankietach z sukni Modrzejewskiej (kostium był akurat w renowacji). „Zapamiętajcie Szczubla…”
Więcej »Komentarze (0)