15.05.2012
Łódź marzeń kupiona za dwie paczki „lakistrajków”Komentarze (0)
Józefa Hena uważam za jednego z najbardziej przenikliwych komentatorów XX stulecia.  W jego utworach (powieściach, scenariuszach, opowiadaniach, wspaniałych książkach  historycznych) widać przemiany nie tylko społeczne - wielkie - jakim podlegaliśmy i podlegamy, także ewolucję indywidualnej wrażliwości. Kiedy dziś wchodzi się w jego świat – słychać rzekę czasu. Poczytajcie  wydany niedawno zbiór  „Szóste najmłodsze”. To autorski wybór jego najcelniejszych  opowiadań.   Zobaczycie dogłębną analizę zmiany sytuacji, zachowań i języka jaka zachodziła w dwu, a nawet w trzech pokoleniach Polaków.

 Stary pisarz, to skarb każdej kultury. Jest nie tylko – jak szekspirowscy aktorzy – „żywą kronika swojego czasu” – sądzi współczesność samą swoją obecnością. Może dlatego, że nie jest to w żaden sposób literatura modna, tylko wynikająca z  potrzeby zobaczenia tego, co człowiek-bohater ma środku. Nie ja – artysta, tylko oni – ci, co będą czytać te opowieści są najważniejsi.
„Długa chyża łódź” napisana dwa lata temu to  przypowieść  o marzeniu, śnie, o miłości. Podobnie jak dawne, świetne  opowiadanie Hena „Niebo naszych przodków” osadzona jest „Łódź” w świecie kultury pierwotnej. Bardzo tu szkicowo, właściwie jedynie dekoracyjnie, potraktowanej. Bo chodzi o co innego...  Czułem, że pewna nierzeczywistość tej rzeczywistej opowieści o energii dającej nam siłę do życia, wymaga stworzenia swoistego kontrapunktu fabularnego, a nawet dźwiękowego. Dlatego do nagrania zaprosiliśmy Józefa Hena, który czyta  fragmenty ze swego pamiętnika „Nie boję się bezsennych nocy”. Oniryczna baśń uzyskała dzięki temu  właściwy ciężar gatunkowy. To już nie tyle literacki koncept, co szczera i czuła  wypowiedź o świecie jakiego doświadczamy. O przychodzeniu i  gaśnięciu uczuć, o porywach młodości i zmorach starości, także o nieustannym odchodzeniu świata, jaki znamy.
Ufamy tej opowieści, a więc ufamy też niepewności i mądrości Czarownika, który zmaga się ze sobą, z pamięcią, z ciężarem własnego długiego życia, z miłością do żony, której już nie ma...Mądrość starości wyraża się tu w nieukrywaniu własnej bezradności wobec uczuć, w jakie wplątane jest nasze życie.

Co wynikło z naszych starań? Zapraszam w niedzielę 20 maja po 21 do Jedynki.
Słuchowisko wyreżyserował Waldemar Modestowicz, nagrał Andrzej Brzoska, w świat dżungli dźwiękowo wprowadził Tomasz Obertyn. Grają: Franciszek Pieczka i   Piotr Bajtlik     wokalizę improwizuje  Monika Węgiel.

A tytuł tego wpisu wyjaśni się w trakcie słuchania...
Więcej »Komentarze (0)
29.04.2012
Węzły sieciKomentarze (0)

Ze „społeczeństwem sieci” (jak je nazywa Manuel Castells) spotkałem się gdzieś około roku 96/97. Brzęczący modem, kabelek łączący komputer 486 z gniazdkiem telefonicznym, numer TPSA....no i zrywające  się często połączenie. Ale ekscytacja płynąca z rozmów na IRCu była duża. Wszyscy używali oczywiście wyszukanych nicków, pod którymi kryli się ciekawi, nieraz fascynujący ludzie. Warto było spędzać  noce na pisaniu krótkich zdań i wypatrywaniu wyskakujących na dole ekranu  odpowiedzi. Często wdawałem się wtedy w rozmaite dyskusje, mając pewność, że rozmawiam z internetową awangardą. Nie było chamstwa, złych emocji,  chorobliwych uczuć – co jest dzisiaj przekleństwem i  normą w podobnych otwartych  „czatowniach” – raczej gryząca ironia, którą zapewne w pełni smakowali tylko miłośnicy Monty Pythona.
Ale jak to zwykle bywa,  rozwój demokracji sprowadził cala sprawę „do parteru”. Komunikacja międzyosobowa  upowszechniła się i spowszedniała. Raczej nie znajdzie się  dziś na  tzw. „forach” profesorów od kosmologii – szkoda. Zza wielu wypowiedzi  pisanych w jakimś Pidgin Polish wyłania się przede wszystkim frustracja i strach. Pomijam zamknięte grupy dyskusyjne, czy niektóre wątki – odnogi – facebooka. Tam bywa inaczej. To są dla mnie prawdziwe „węzły” społeczeństwa sieciowego.

Ale dzisiejsze „zsieciowanie” społeczności globalnej  niesie również istotne  korzyści. Oto jak chce Castells rzeczywiście  czas, a przede wszystkim – przestrzeń - przestają być wymiarem  niemal bezwarunkowo określającym egzystencję.
Odzywają się do mnie np. twórcy rozmaitych internetowych stacji radiowych (zły termin – innego na razie nie ma), którzy skrzykują się w różnych miejscach kraju, a serwer mają np. w Czechach. Już kilka lat temu mój syn współtworzył internetowy magazyn poświęcony grom fabularnym (autorzy/ redaktorzy byli chyba z sześciu krajów). Któryś  z młodszych moich znajomych skończył właśnie pisać  program projektu czegoś w rodzaju telewizji internetowej – dla jakiejś społeczności w Melbourne. Nagle pojawia się ktoś – zza Wielkiej Wody – kto sonduje możliwości przekazywania w Polsce poprzez iphony  wykładów uniwersyteckich. Ruch jest oczywiście o wiele szerszy, jako pogardzany na forach  „chómanista” o wielu sprawach zapewne nie wiem.

Przeczesując co pewien czas ten świat poza przestrzenią i czasem natrafiam również na formy słuchowiskopodobne. Młodzi pisarze/poeci  odczytują na swych prywatnych www  własne opowiadania czy scenki dramatyczne,   z podziałem na głosy (od czegóż są przyjaciele?...), nawet z pewnymi efektami dźwiękowymi, oczywiście  z muzyką jaką lubią. Pomijam ubóstwo techniczne. Mikrofon od  Skype’a  nie zastąpi przecież mikrofonu „sztuczna głowa”, zwykle doskwiera brak nawet prostej konsolety, itd.
Jako orędownik wszelkiej twórczości „ochotniczej” kibicuję jednak podobnym działaniom, zastanawiam się także – jaka przyszłość słuchowiskowa wyłoni się z tych prób.
Znakomity reżyser filmowy Janusz Zaorski – często goszczący w naszych studiach – twierdzi, że już widać skutki upowszechnienia się technicznej możliwości filmowania. Niemal każdy telefon komórkowy stał się potencjalnym narzędziem twórczości. Większość z nas zatrzymuje się oczywiście na poziomie „ruchomej fotografii”, niektórzy jednak idą dalej. „Oni intuicyjnie posiedli niektóre elementy wiedzy ze szkoły filmowej – mówi o młodych filmowcach (także złe określenie – potrzeba nowego) Zaorski -  czują, które kierunki ruchu montują się, a które nie, jaki powinien być rytm ujęć”.
Z nagrywaniem dźwięku jest podobnie.
Pamiętam, że kiedy w szkole  podstawowej dyrekcja z drżeniem serca (bo zepsują..) udostępniła nam do radiowęzła enerdowski magnetofon (na taśmę ) Smaragd, wszyscy poczuli się nagle panami dźwięku (można przyspieszyć, zwolnić, puścić od tyłu, albo zrobić pogłos przy pomocy echolany – wie ktoś, co to takiego?). Dziś z możliwością zapisu dźwięku żyje się od urodzenia. Sieć pełna jest niezłych, bezpłatnych programów do montażu czy tworzenia efektów, ba – nawet do pisania muzyki przez ludzi nie grających na żadnym instrumencie. I zmiana jakościowa w podejściu do technik audiowizualnych postępuje krok po kroku. Społeczność sieciowa wytwarza nie tylko nowe możliwości i nieoczekiwane sytuacje.  Zmienia sposób myślenia – to oczywiste. Ale też coraz bardziej zdecydowanie  dzieli ludzi. Na tych „in” i na tych „out”. A to już mniej świetlany horyzont nowego wspaniałego świata. Można nie dostrzegać tych zmian, manifestacyjnie pisać tylko watermanem z zielonym atramentem ale -  kto zatrzyma  deszcz albo wiatr?

Więcej »Komentarze (0)